Rok później…

podsumowania i plany

Nie wiem, czy zauważyłaś, ale pierwszy tekst na blogu pojawił się w piątek 15 lipca 2016 roku, a więc jutro minie rok odkąd się tu uzewnętrzniam. Pomyślałam, że może z tej okazji zaszaleję z jakimś niewielkim podsumowaniem 🙂

Jeśli chodzi o bloga:

  • Napisałam Ci jak do tej pory 78 wpisów (łącznie z tym 79). Wszystkie znajdziesz w Spisie Treści.
  • Stworzyłam 351 (352 z dzisiejszym) postów na Facebooka.
  • Wrzuciłam 61 zdjęć na Inastgram.
  • Do tego staram się czasem wpadać na Pinterest i Twitter, ale tam nie szaleję jakoś szczególnie (jeszcze).
  • Od końca maja działa też Grupa Porządkoodpornych, a od kilku dni masz możliwość zapisania się do mojego Newslettera.

Dlaczego Ci o tym piszę? Chyba trochę chcę się pochwalić 😉 Jak zaczynałam przygodę z blogiem, to nie miałam nawet własnego adresu internetowego i w zasadzie tak sobie pisałam „w próżnię”. Po roku jestem już u siebie, pod własna domeną, na własnym serwerze i z gronem około 1000 wspaniałych czytelniczek, które mnie wspierają na każdym kroku. Jesteś jedną z nich, więc bardzo serdecznie dziękuje Ci za to, że jesteś ze mną 🙂

A co tam w życiu prywatnym?

Czy coś się u mnie zmieniło w ciągu ostatniego roku?

Nadal nie posprzątałam 😉 – Tzn. „nieźle” i „znośnie” było już kilka razy, ale moje życie nie lubi być w równowadze, więc jak tylko zaczyna być ok, to postanawiamy z mężem to wszystko rozwalić 😉

  • Tym sposobem posprzątana łazienka najpierw doczekała się malowania własnego, a teraz musi znosić mycie i suszenie wałków, pędzli i kuwetek po innych pracach twórczych, więc jest permanentnie ubrudzona farbami w najróżniejszych kolorach, co mnie strasznie zniechęca do utrzymywania tam porządku, bo mam wrażenie, że jak tylko ją porządnie myję, to mąż nagle zyskuje energię do dalszych prac. I teraz w sumie sama nie wiem – zostawić brudną i cieszyć się, że mąż ma dla mnie czas, czy umyć i niech to wreszcie wszystko skończy 😉
  • Salon i kuchnia doczekały się malowania i chyba nawet udało się je zakończyć – prawie, bo od stycznia nad szafkami w kuchni wisi taśma malarska przyklejona do sufitu i jakoś strasznie nam nie po drodze, żeby ja w końcu odkleić.
  • Sufit jest w zasadzie pomalowany, ale czeka na pociągnięcie lakierem z brokatem (no bo czemu by nie).
  • Mam działającą zmywarkę i piekarnik! – Jak zaczynałam pisać bloga to piekarnik nie działał od lat, a i zmywarka padła (stąd moja fikuśna suszarka do naczyń).
  • Wymiana piekarnika wiązała się z wymianą kuchenki (bo to jedno urządzenie było), więc przy okazji pozbyłam się z mieszkania gazu i wymieniłam kuchenkę na płytę indukcyjną, która nadal stoi na drewnianych listewkach nad pustą przestrzenią po starym piekarniku.
  • Udało nam się pomalować JEDEN grzejnik 😉
  • Wymieniliśmy kilka włączników światła w różnych miejscach – oczywiście nie wszystkie, bo po co 😉
  • Pozbyliśmy się z mieszkania starych mebli – starych, czyli takich w których już posprzątałam, w których wszystko miało swoje miejsce i system się całkiem nieźle sprawdzał. Aktualnie to wszystko, co w nich było (i już raz było posprzątane) jest porozkładane na kartonowych półkach (takich jak ta w sypialni) i metalowych regałach magazynowych, i na parapetach, i w szafkach w kuchni (w których już przez chwilę było luźno i był porządek), i w kartonach na podłodze. I tak mniej-więcej od lutego, bo nie mamy (my-mąż) kiedy skończyć nowego mebla, który sobie wymyśliłam. Za to ile mamy teraz przestrzeni w salonie 😉

Z czego jestem najbardziej zadowolona (sprzątaniowo)?

  • Pozbyłam się naprawdę całej masy rzeczy. Nie wiem ile tego było, ale strasznie, strasznie dużo. Pół kuchni, tony szkła i porcelany, kilka(naście) worów ciuchów i innych szmatek, mnóstwo starej chemii, kosmetyków oraz lekarstw. Jak już wspominałam wyżej – nawet meble nie przetrwały pogromu 😉
  • Wprowadziłam fenomenalny system koszy na brudne pranie, który zachwyca mnie do dziś, bo od roku nie sortowałam brudów.
  • Częściowo odkopałam magiczny pokój z bałaganem – da się do niego wejść, przez niego przejść i nawet większość szafek się otwiera.
  • Kupiłam naprawdę bardzo mało nowych rzeczy do domu – większość moich zakupów w tym roku, to były rzeczy codzienne, podlegające zużyciu: szampon do włosów, papier toaletowy, folia aluminiowa itp. no i kilka wynalazków do organizowania przestrzeni, jak np. wiaderka z przegródkami, pojemniki do przechowywania itp. Najfajniejsze z nich są na Instagramie, więc nie będę tu przypominać wszystkich.
  • Radykalnie ograniczyłam kupowanie butów i ciuchów – butów kupiłam chyba tylko jedną parę (jesienne), a ciuchów nie przyznam się ile, bo sama nie wiem, ale zdecydowanie mniej niż w tym czasie oddałam i zdecydowanie mniej niż miałam w zwyczaju. Nie udało mi się z nich całkiem wyleczyć, bo pod moim domem (dosłownie – na parterze budynku w którym mieszkam, z wejściem obok mojej bramy) w lutym otworzył się fajny ciuchland, w którym co sobotę jest wszystko po 5zł, więc sama widzisz, że życie mi kłody pod nogi rzuca jeżeli chodzi o rezygnację z kupowania szmatek 😉
  • W związku z dwoma powyższymi punktami – udało mi się zaoszczędzić całkiem sensowną ilość kasy, dzięki której możemy sobie pozwolić na te wszystkie szaleństwa remontowe.
  • Udało mi się osiągnąć namiastkę zamierzonego efektu – mam w mieszkaniu kilka miejsc, które się nie bałaganią, a więc kompletnie nie wymagają sprzątania (przetarcia kurzu raz w roku nie traktuję jako sprzątanie).
  • Przejrzałam jakieś 95% rzeczy, które mam w domu. A przynajmniej przeszły mi przez ręce, bo czasem robiłam ten „przegląd” nie w humorze i bez imponujących efektów.
  • Mąż i dziecko powoli zaczynają wiedzieć gdzie co jest, albo przynajmniej maja pomysł gdzie zacząć szukać.

Z czego jestem niezadowolona?

  • No oczywiście z tego, że nie skończyłam 😉 Myślałam, że rok to będzie wystarczająca ilość czasu, żeby się odkopać, a tu jednak nie do końca tak wyszło jak oczekiwałam i masa pracy jeszcze przede mną.
  • Z długich przerw w sprzątaniu spowodowanych delegacjami, chorobami, ciężkim okresem w pracy itp. Po każdej takiej przerwie wypadam z rytmu i muszę się od nowa zbierać w sobie, żeby się za coś zabrać.
  • Z tego, że wszystko mam rozgrzebane, a prawie nic nie skończone. Zauważyłam, że mamy z mężem straszny problem z „zamykaniem tematów”. Robimy większość pracy i na moment przed końcem odkładamy na później. Tak jak z tą taśmą na suficie w kuchni – sufit pomalowany, a taśma nieodklejona. Pudła z różnościami zapakowane do oddania i leżą i czekają na zmiłowanie (bo mam jeszcze kilka, których nie wywiozłam). Nowy regał zrobiony, poskręcany i od kilku miesięcy czeka na pomalowanie drzwi. I tak mogłabym wymienić jeszcze milion innych rzeczy, które czekają na zamknięcie.
  • Z braku pomysłów na poważniejsze zmiany – MUSZĘ zrobić remont kuchni, bo dwudziestoletni blat w kuchni pod zlewem woła o pomstę do nieba, a drzwiczki od szafki zaczynają się rozwarstwiać. MUSZĘ też zrobić remont łazienki, bo z wanny odpryskuje emalia, a szafka pod umywalką niedługo się całkiem rozpadnie. No i MUSZĘ koniecznie (od kilku lat) wymienić okna, bo są nieszczelne, część się nie otwiera, kit się wykrusza, a ostatnio złamała się klamka od drzwi balkonowych. A sama dobrze wiesz jak to jest jak się coś MUSI – im bardziej muszę tym bardziej nie mam do tego serca. A jak nie mam serca, to nie mam też pomysłu. Kompletnie nie wiem jakie okna, jaką wannę, jaką szafkę do łazienki ani jaki zlew do kuchni (bo stary i obdrapany to bez sensu, a żeby kupić nowy blat i w nim dziurę wyciąć, to muszę mieć wymiary nowego zlewu). I tak w zasadzie mam to całe mieszkanie rozgrzebane i nawet sama nie wiem czego chcę.
  • I na koniec z nadmiernego sentymentalizmu – ciągle jeszcze szkoda mi się pozbyć części rzeczy, których absolutnie powinnam się pozbyć i ciągle jeszcze zbyt dużo rzeczy zostawiam „na pamiątkę”, chociaż wiem, że nie powinnam i że NIGDY do tych pamiątek nie będę zaglądać (jak choćby dwa pudła najśliczniejszych niemowlęcych ciuszków i bucików).

Jak sama widzisz jestem jeszcze głęboko „w lesie” z doprowadzaniem mieszkania do takiego stanu, jaki sobie założyłam, że chciałabym mieć. I wcale nie mam w planach jakiegoś ideału. Dążę raczej do „wystarczająco dobrze”, tylko jakimś cudem za każdym razem kiedy to „wystarczająco dobrze” zaczyna pojawiać się na horyzoncie, to wymyślamy z mężem jakieś takie „ulepszenie”, które staje jak ten Gandalf i mówi mi „You shall not pass” 😉

Jakie mam plany na kolejny rok?

Nie mam zielonego pojęcia 😉 Generalnie strasznie nie lubię takiego twardego planowania, bo później jestem sfrustrowana jak mi plany nie wychodzą. Dlatego może bardziej w kierunku chciejstwa, z nadzieją, że coś z tego się uda:

  • Ponownie przejrzeć wszystkie rzeczy, bo zauważyłam, że im mniej rzeczy mam, tym mniej jest mi do szczęścia potrzebne, więc mimo tego, że masę już wywaliłam, to znowu czuję, że tego wszystkiego jest cały czas zbyt dużo. No i widzę też, że im mniej mam, tym mniej mam roboty i mniej się bałagani, a że leniwa jestem strasznie, to sama rozumiesz, że kusi mnie, żeby jeszcze czegoś się pozbyć 😉
  • Skończyć wreszcie ten regał.
  • Pomalować jeszcze dwa grzejniki – samo malowanie niby wcale nie jest takie strasznie upierdliwe i już dawno mogłabym to zrobić, ale ta farba (lakier, czy co to tam jest) strasznie śmierdzi i strasznie długo schnie (do osiągnięcia takiej twardości, żeby nie uszkodziła się od jakiegoś mebla), więc trzeba na nią przez kilka dni uważać, a w tej chwili nie mamy warunków na uważanie na cokolwiek.
  • Wymienić gniazdka na pasujące do włączników – jak malowaliśmy to o tym zapomnieliśmy, później nie było takich jak chciałam, a później zaczęła się meblowa rewolucja i aktualnie są pozastawiane.
  • Pociągnąć sufit brokatem – tak – wiem, jak to będzie wyglądać.
  • Pomalować bok ścianki w kuchni metalicznym lakierem – kolejny detal, który jest zrobiony ale nie „zamknięty”.
  • Wymienić kran w łazience – ostatnio coś trochę przecieka, a jakoś jeszcze nie znalazłam nowego, który by mi się spodobał.
  • Posprzątać dziecku pokój – to jest takie moje chciejstwo nierealne, bo wymagałoby wywalenia co najmniej połowy rzeczy, a spotykam się z ogromnym oporem w tej kwestii. Chyba muszę poczekać jeszcze kilka lat, aż powyrasta z większości zabawek.
  • Pomalować i odwiesić na miejsce kratki wentylacyjne i obudowę skrzynki z bezpiecznikami. Ponownie – przedpokój cały wyremontowany, tylko bezpieczniki wybebeszone z obudowy i domofon nie podłączony. Sufit w łazience odmalowany, ale kratki nie odwieszone na miejsce.
  • Pozbyć się zbędnych ciuchów – nadal jest ich zbyt dużo.
  • Uruchomić jeden ze starych komputerów (mam w domu pięć, ale żaden nie jest w pełni sprawny, a dziecko mnie ciśnie na dwudziestoletnie gry 😉 )

A w perspektywie dużo, dużo dłuższej, czekają mnie jeszcze te okna, remont kuchni i łazienki, malowanie lub wymiana drzwi, remont schodów, malowanie przedpokoju i dwóch pokoi, wymiana mebli w sypialni i totalna metamorfoza pokoju z bałaganem (żeby przestał być pokojem z bałaganem a zaczął być czymś – czymkolwiek – biurem, pracownią, garderobą, „piwnicą”, zamiast tak jak teraz – być pomieszczeniem na bałagan).

Tak to piszę i piszę i okazuje się, że niby blog o sprzątaniu i organizacji, a tak naprawdę, to ciągle żyję remontami. Ale muszę Ci powiedzieć, że te tematy się bardzo mocno ze sobą łączą, bo zauważyłam, że jak jest brzydko, to człowiek się do tej brzydoty przyzwyczaja i przestaje mu przeszkadzać że jest brzydko. A jak przestaje nam przeszkadzać, że jest brzydko, to przestaje nam też przeszkadzać, że jest bałagan i że jest brudno, bo w naprawdę brzydkim miejscu porządek nie robi zbyt dużej różnicy. Jak jest brudno to źle wygląda i jak jest czysto też nadal źle wygląda. I czasem dopiero ta mała zmiana (np. odmalowanie ściany) pozwala nam zauważyć bałagan. Bo jak już w jakimś pomieszczeniu jest ładnie, to ten bałagan zaczyna naprawdę rzucać się w oczy i irytować. Dlatego właśnie strasznie mnie wkurza bałagan w odremontowanym przedpokoju i kompletnie mi nie przeszkadza brudna łazienka. Za każdym razem jak ją widzę, to myślę sobie, że i tak sprzątanie jej nie pomoże i kompletnie nie mogę się zmotywować, żeby regularnie tam sprzątać (tym bardziej, że jak już pisałam wcześniej – jest notorycznie ufajdana jakąś farbą).

A co z blogiem?

Tego to już kompletnie nie wiem. Oczywiście będę go pisać dalej tak jak do tej pory. Czasem konkretnie o sprzątaniu, a czasem filozoficznie o „dupie Maryni” 😉 Planów konkretnych nie mam, bo tak naprawdę bardzo mało tu zależy ode mnie. Blog będzie się rozwijał tak jak Ty tego będziesz chciała i jak Tobie będzie to potrzebne. Ja już jestem dosyć daleko w odkopywaniu się i już trochę rozwiązań zdążyłam przetestować. Ty może jesteś ze mną od roku, a może dopiero zaczynasz, więc najlepiej wiesz, czego ode mnie potrzebujesz i właśnie te potrzeby będą decydować o tym jak w przyszłości będzie wyglądał ten blog (i facebook, i grupa, i instagram).

To tyle moich podsumowań i planów. Chętnie wrócę do nich za rok, żeby sprawdzić co faktycznie udało mi się zrealizować. A jak Tobie minął ostatni rok? Zmieniłaś coś w swoim mieszkaniu? Udało Ci się coś ogarnąć, zorganizować lub poprawić? Przydałam Ci się do czegoś? Jakie masz plany na kolejny rok? Masz coś, co chciałabyś zrobić / usprawnić? Jakiś problem, który chciałabyś rozwiązać? Potrzebujesz w czymś mojej pomocy? A może po prostu chciałabyś sobie zapisać swoja listę planów i „chciejstwa”, żeby za rok mieć porównanie? Nie krępuj się – pisz śmiało w komentarzach 🙂

I na sam koniec tych wszystkich podsumowań, jeszcze raz: Dziękuję Ci, że ze mną jesteś!

Nie chcesz przegapić nowych wpisów? Zapisz się na mój newsletter:

Podziel się: