Co powinnaś zostawić w domu?

Pewnie już zdążyłaś zauważyć, że moje wpisy są strasznie, niemiłosiernie długie. Zdradzę Ci jednak w sekrecie, że często wcale nie są takie długie jak bym chciała, bo kiedy orientuję się, że przez np. 4000 słów możesz nie przebrnąć za jednym posiedzeniem, to staram się wybrać jakiś w miarę spójny kawałek i on pojawia się jako wpis. A reszta tekstu zostaje „na zaś”. Trochę mi się już takich porzuconych kawałków uzbierało, ale jakoś zawsze zamiast je kończyć – mam natchnienie na coś nowego. W tym tygodniu jeszcze to natchnienie na mnie nie spłynęło, więc wyjątkowo może dzisiaj uda mi się skończyć to, co zostało po pisaniu zeszłotygodniowego wpisu. Bo pierwotnie był zdecydowanie dłuższy i bardziej pokręcony 😉

A zaczynał się od tego, że…

Wszyscy tylko o tym pozbywaniu się i wyrzucaniu!

Oczywiście, że mając w domu mniej rzeczy wygodniej się sprząta, łatwiej utrzymać porządek i nie dostajesz codziennie palpitacji serca na widok własnego mieszkania. Ale pozbywanie się rzeczy jest trudne. Jest strasznie trudne. Czasem tak trudne, że aż boli. I co w takiej sytuacji? Jak się odkopać kiedy nie jesteś w stanie podjąć decyzji o pozbyciu się jakiejkolwiek dupereli?

A gdyby tak odwrócić sytuację i nie myśleć o wyrzucaniu? Gdyby tak zastanowić się nad tym, co koniecznie musi zostać?

Jakie rzeczy są naprawdę cenne?

Wydaje Ci się, że wszystko co masz jest w jakiś sposób wartościowe, ale to nie prawda. Tutaj akurat nie będę się powtarzać co do szczegółów, bo napisałam już na ten temat strasznie długi tekst, do którego Cię serdecznie zachęcam jeżeli jeszcze nie miałaś okazji przeczytać: Jak cenne są Twoje skarby?

Napiszę Ci natomiast, które z Twoich rzeczy mogą należeć do tych cennych:

  • Wszystkie podstawowe dokumenty – dowód osobisty, prawo jazdy, paszport, akt urodzenia, akty własności, świadectwa i dyplomy potwierdzające zdobycie wiedzy lub umiejętności, ubezpieczenia, dane do kont bankowych itp.
  • Naprawdę wyjątkowe pamiątki – wszystko to, co ratowałabyś z pożaru, jakbyś miała 15 minut na opuszczenie mieszkania.

I to tyle. Na tym katalog cennych rzeczy powinnaś zamknąć.

Zachęcam Cię, do przeprowadzenia takiego eksperymentu: Znajdź w domu wszystkie swoje naprawdę cenne rzeczy i odłóż je w jedno miejsce. Zobacz ile ich tak naprawdę jest. Potraktuj je jako podstawę do kompletowania zawartości mieszkania.

Jakie rzeczy są przydatne?

To są właśnie te przedmioty, które powinny stanowić co najmniej 80% wszystkich Twoich rzeczy. W praktyce jednak, w większości domów stanowią 20% lub nawet mniej. A co się do nich zalicza?

  • Wszystko, czego używasz codziennie – CODZIENNE ubrania (przez codzienne nie mam na myśli wyłącznie domowych – jeżeli pracujesz to Twoje ubrania do pracy są Twoimi ubraniami codziennymi), CODZIENNE kosmetyki, przybory, narzędzia i środki do CODZIENNYCH czynności (sprzątania, gotowania, pracy, odpoczynku) itp.
  • Wszystko, co zabrałabyś ze sobą jakbyś miała przeprowadzić się na rok na drugi koniec świata,
  • Wszystko, czego używasz regularnie minimum kilkanaście razy w roku POD WARUNKIEM, że zakup, przechowywanie i konserwacja danej rzeczy wyjdzie taniej w przeliczeniu na jedno użycie niż wypożyczenie, czy użycie jednorazówki. Warunek nie obowiązuje wyłącznie w sytuacji, kiedy nie masz możliwości wypożyczenia ani użycia jednorazówki.
    Przykład: Jeżeli jeździsz na narty dwa razy w roku na weekend to zdecydowanie bardziej Ci się opłaci wypożyczenie nart na miejscu, niż kupowanie, konserwacja, przechowywanie cały rok i wożenie ze sobą. Jeżeli na narty jeździsz co weekend przez niemal cały rok, do tego jeszcze na dwa tygodnie ferii zimowych, a czasem i w wakacje na jakiś lodowiec, to sensowniejszym rozwiązaniem będzie posiadanie własnych nart.
    Przykład kolejny: Jeżeli co drugi – trzeci dzień coś pieczesz w keksówce (ciasto, mięso, pasztet, zapiekankę itp.), to logiczne, że masz jedną albo nawet i dwie w domu. Jeżeli keksówki używasz raz w roku, żeby upiec świąteczny keks, to zdecydowanie wygodniej będzie kupić jednorazową i po użyciu wywalić zamiast zastanawiać się gdzie ją wetknąć żeby nie przeszkadzała przez resztę roku.
    Przykład ostatni: Jeżeli jesteś maniaczką czytania książek i pochłaniasz je w straszliwych ilościach, to sensowniejszym rozwiązaniem będzie zapisanie się do pobliskiej biblioteki niż zastawianie całego mieszkania książkami, które jednak trochę kosztują. Jeżeli masz kilka swoich najukochańszych książek, do których ciągle wracasz i czytałaś je już kilkadziesiąt razy, to takie książki warto mieć w domu.

Żeby nie było wątpliwości – przez używanie rzeczy mam na myśli korzystanie z nich w dowolny sposób. Jeżeli masz w domu jakąś figurkę, której jedynym celem jest dekorowanie półki, no to przecież jasne jest, że nie będziesz nią kotletów tłuc, tylko na nią patrzeć. Jeżeli masz np. oliwkę dla niemowląt, której nie używasz do nawilżania skóry, tylko np. do demakijażu albo do smarowania skrzypiących zawiasów, to takie używanie też jest ok. Ważne jest to, że naprawdę czegoś używasz regularnie – nie istotne w jaki sposób ani w jakim celu.

Nie wiem, czy miałaś okazję oglądać kiedyś jakiś program o sprzątaniu domów zbieraczy. Oni tam nie modlą się nad każdą półką i nie zastanawiają się nad tym, których rzeczy ewentualnie w ostateczności można by się pozbyć. Jeżeli tylko warunki (miejsce, pogoda) na to pozwalają, to ekipa sprzątająca wynosi absolutnie wszystko – często razem z meblami – przed dom, a rodzina podejmuje decyzje nie o tym, co oddać, tylko o tym, co koniecznie musi w domu zostać. Takie postępowanie ma też oczywiście bardziej prozaiczne uzasadnienie – w czasie, kiedy rodzina podejmuje decyzje dotyczące przedmiotów, ekipa sprzątająca dokładnie czyści pomieszczenie.

Jednak niezależnie od tego, czy główną intencją takiej kolejności działań jest konieczność umycia pomieszczeń czy konieczność podjęcia szybkich decyzji dotyczących rzeczy – ta metoda naprawdę działa cuda. Sama sprawdź – wybierz najbardziej zabałaganioną półkę, zdejmij z niej absolutnie wszystko, co na niej jest (najlepiej włóż wszystko do jakiegoś kosza albo kartonu) a następnie odstaw na miejsce tylko i wyłącznie te rzeczy, których używasz na co dzień. Nie mówię, że w ramach eksperymentu musisz natychmiast całą resztę wynieść na śmietnik. Na początek wystarczy, że wszystko, co zostało w pudle, zamkniesz w tym pudle i schowasz (w łóżku, na szafie, w piwnicy, pod schodami, w nieużywanym kącie pomieszczenia). A później tak samo zrób ze wszystkimi półkami i szafkami w jednym pokoju. Przekonasz się jak wygodnie się żyje (i jak łatwo się sprząta), kiedy ma się tylko tyle rzeczy ile potrzeba. Oczywiście, jeżeli za tydzień poczujesz palącą potrzebę użycia czego, co zostało w pudle, to sobie tę jedną rzecz wyciągnij. Ale tylko tę jedną rzecz.

Człowiek się naprawdę błyskawicznie przyzwyczaja do komfortu. Jeżeli uda Ci się zrobić tak z jednym pokojem (i nie zawalać go dodatkowo rzeczami z innych pomieszczeń), to szybko się przekonasz jak bardzo nie chce Ci się marnować czasu na kombinowanie w jaki sposób poutykać rzeczy z pudeł z powrotem w tym pokoju, żeby nie stracić tej wygody i komfortu, który masz teraz, jak rzeczy leżą w pudle w zupełnie innym pomieszczeniu.

Jakie rzeczy są wartościowe?

Jeżeli postanowisz przetestować czy te moje pomysły działają i ku Twojemu ogromnemu zaskoczeniu okaże się, że jednak działają, to dojdziesz w końcu do chwili, w której będziesz musiała zadecydować, co zrobić z tymi wszystkimi pełnymi pudłami, które Ci zostały. Powiedziałabym: „Nie zaglądać, wynieść z domu i postawić pod śmietnikiem”, ale wiem, że mnie nie posłuchasz, więc nie będę z siebie robić idiotki dając Ci nierealne rady 😉 Nie odpuścisz sobie i na 100% do tych pudeł zajrzysz. A jak już zajrzysz, to będziesz się zastanawiać, czy może coś się przyda, czy może kogoś obdarować, czy może to posprzedawać?

O tym, że się nie przydaje sama miałaś okazję się przekonać. Co do obdarowywania – pisałam Ci już w zeszłym tygodniu co o tym myślę. Jak masz komu to dać i zrobisz to NATYCHMIAST to ok. Jak nie masz komu, albo zrobisz to „później” to nigdy tego nie zrobisz.

Najtrudniejszym argumentem do podważenia jest jednak ta sprzedaż. No bo to przecież kasa. Bez sensu potencjalne pieniądze tak na śmietnik wystawiać. Może jednak lepiej zostawić i posprzedawać?

Moja opinia jest taka: Jeżeli naprawdę chcesz coś sprzedawać, to nie marnuj czasu i energii na obfotografowywanie i pisanie peanów na temat każdej starej powyciąganej bluzki, którą znalazłaś w szafie, tylko skup się na sprzedaży tych rzeczy, które są naprawdę WARTOŚCIOWE. Zadbaj o porządne zdjęcia, zrób opis lepszy niż „Towar jak na zdjęciu. Stan bardzo dobry”, zastanów się co osoba, która szuka tej rzeczy będzie wpisywać w wyszukiwarkę. Podaj producenta, model, sygnaturę, czy co tam ta rzecz może jeszcze mieć.

Dla przykładu, jeżeli masz w domu porcelanowy półmisek w kwiatki, to „porcelanowy półmisek w kwiatki” wart jest jakieś 5 – 10 zł, są ich miliony i absolutnie nikt Twojego ogłoszenia nie przeczyta, więc nikt nie zapłaci nawet tych 5 zł za porcelanowy półmisek w kwiatki. ALE jeżeli masz w domu „półmisek Rosenthal Sanssouci Diplomat w kolorze ecru ze złoceniami” to taki półmisek jest wart około 300 zł i masz szansę, że może akurat ktoś będzie szukał tego konkretnego półmiska, którego mu brakuje do zestawu. Chociaż oczywiście gwarancji nie ma, bo może akurat tych półmisków będzie więcej niż osób, które ich szukają 😉

Zastanów się jak sama szukasz rzeczy w internecie. Jeżeli ja szukam np. kurtki, to nie wpisuję na allegro „kurtka”, bo zestarzałabym się zanim przescrollowałabym wszystkie oferty kurtek jakie tam są. Zazwyczaj mam już konkretny pomysł – kolor, materiał, rozmiar, a często nawet i markę, bo wiem, że ciuchy z firmy X zawsze się na mnie dobrze układają i mogę kupować w ciemno, a z firmy Y muszę mierzyć, bo często nie dopinam się w biuście.

Dlaczego Ci o tym piszę? Bo tak naprawdę o tym, czy opłaca Ci się sprzedawać rzeczy (a tym samym jeszcze przez jakiś czas je przechowywać zanim ktoś je kupi) decydują dwa główne czynniki:

I. Czy rzecz jest wartościowa?

W mojej subiektywnej opinii wartościowe są te przedmioty, które W TEJ CHWILI są warte co najmniej tyle ile 1/10 Waszego (rodzinnego) miesięcznego przychodu. Zarabiasz np. 2500 zł, mąż zarabia drugie 2500 zł, razem macie 5000 tys., czyli jeżeli masz w domu rzecz, którą W TEJ CHWILI mogłabyś sprzedać za 500 zł, to możesz ją traktować jako wartościową. Dlaczego tak bardzo podkreślam, że ma to być wartość „w tej chwili”? Bo jeżeli chodzi o wartość finansową rzeczy, to są one warte tyle ile ktoś jest w stanie za nie zapłacić! Co z tego, że Twoja suknia ślubna szyta na miarę kosztowała sześć lat temu 3000 zł, jeżeli od roku próbujesz ją sprzedać, zeszłaś już do 500 zł i do tej pory nie ma chętnego. Jeżeli podobne, używane suknie można kupić za 200 zł, to niestety musisz się pogodzić z tym, że ta Twoja też jest warta 200 zł.

Skąd akurat taki próg? Z tego, o czym pisałam Ci wcześniej. Żeby móc sprzedać rzecz za tyle ile jest warta musisz ją dobrze opisać, zrobić jej zdjęcia, sprawdzić ceny rynkowe itp. Czyli musisz poświęcić na to czas. Jak już masz opis i zdjęcia wrzucone gdzieś w głębiny internetu, to dobrze byłoby tej rzeczy trochę „pomóc” – wysłać linki do znajomych, może wejść do kilku grup sprzedażowych na facebooku, albo może poszperać w internecie, czy ktoś akurat takiej rzeczy nie szuka. Później jeżeli kilka osób się do Ciebie odezwie, to zapewne będzą zadawać dziesiątki durnowatych pytań, próbować naciągnąć Cię na „horom curke” i inne takie cuda. A Ty będziesz musiała tym ludziom odpowiadać, umawiać się z nimi, a czasem nauczyć się ignorować ich groźby. I na to też poświęcisz czas. Jak będziesz miała szczęście, to w końcu trafi się wymarzony kupiec na białym koniu, który to koń niestety jest zaparkowany na drugim końcu Polski. I wtedy będziesz kombinować z pakowaniem, kurierami, pocztami, zabezpieczaniem przesyłki przez uszkodzeniem itp. Na to również poświęcisz czas.

Jak zbierzesz ten cały czas do kupy, to okaże się, że poświęciłaś kilkanaście roboczogodzin, żeby pozbyć się JEDNEGO przedmiotu z domu. A w tym czasie mogłaś obściskiwać się z mężem na kanapie, pograć z dzieckiem w grę planszową, albo wziąć nadgodziny w pracy i mieć za nie zapłacone. Jako, że pracuję na etacie, to nie ma mnie w domu po 9 – 10 godzin dziennie. Do tego czasem trafia mi się jakieś dodatkowe, płatne zlecenie, które mogłabym realizować w wolnym czasie, ale takie zlecenia biorę bardzo rzadko. Dlaczego? Bo mój wolny czas jest dla mnie na tyle cenny, że to ja ustalam kwotę za jaką jestem gotowa go sprzedać i jeżeli ktoś taką kwotą nie dysponuje, to zlecenia nie biorę. Przepracowanie kilkunastu roboczogodzin nad sprzedaniem własnego klamota traktuję dokładnie tak samo jak każde inne dodatkowe zlecenie. Jeżeli kwota, którą mogę z tego uzyskać jest satysfakcjonująca to mogę się tego podjąć. A jeżeli nie, to nie. I uwierz mi – w luksusy to ja nie opływam. Jednak w związku z tym, że chcę się rzeczy pozbywać zamiast kupować kolejne niepotrzebne klamoty, to nie potrzebuję zajadle polować na każdą złotówkę, bo nawet jakbym ją miała, to starałabym się jej nie wydawać, żeby nie przynosić do domu kolejnych pierdół 😉

Oczywiście próg kwotowy jest w pewnym sensie elastyczny – zależy głównie od tego ile faktycznej pracy będziesz musiała poświęcić na sprzedaż danej rzeczy.

II. Czy umiesz tę rzecz sprzedać?

Tu akurat nie będzie przydługiej filozofii, bo sprawa jest prosta. Chodzi tylko o to, czy jesteś w stanie dany przedmiot tak opisać i przedstawić na zdjęciach, żeby ktoś go znalazł i chciał kupić. To nie jest tak, że do sprzedaży klamotów potrzebny jest jakiś niebywały talent literacki, ale tak jak Ci pisałam „półmiska w kwiatki” nikt nie szuka. A jeżeli Ty nawet sama nie wiesz co to jest za półmisek, nie umiesz znaleźć żadnych informacji na jego temat (chociażby przeglądając zdjęcia w internecie), albo zwyczajnie nie lubisz pisać i wydaje Ci się, że zdania nie jesteś w stanie sklecić, żeby go jakkolwiek opisać a do tego wszystkiego jeszcze nie umiesz robić zdjęć, to będziesz mieć bardzo duży problem ze sprzedażą w internecie i zajmie Ci to dużo więcej czasu i energii niż osobom, które to „czują”.

Dokładnie tak samo będzie ze sprzedażą na pchlich targach i giełdach staroci – jeżeli jesteś z natury bardzo nieśmiała, unikasz ludzi i denerwujesz się jak ktoś obcy się do Ciebie odzywa to trudno Ci będzie nawiązać kontakt z tymi osobami, które się tam przechadzają i przekonać je, żeby kupiły akurat Twoje rzeczy. I tu znowu – nie mówię, że nie dasz rady. Mówię tylko, żebyś się najpierw zastanowiła, czy nie szkoda Ci na to czasu i nerwów. Czy nie wolałabyś w tym czasie robić czegoś przyjemniejszego.

Jeżeli nadal uważasz, że chcesz poświęcać czas i energię na sprzedaż swoich rzeczy i że Ci się to w dodatku opłaci, to jak najbardziej wszystkie te rzeczy, które są wartościowe i będziesz je sprzedawać również zostaw w domu.

A całej reszty, która nie jest ani cenna, ani przydatna ani wartościowa się najnormalniej w świecie pozbądź. I już.

 

Nie chcesz przegapić nowych wpisów? Zapisz się na mój newsletter:

Podziel się:
  • Magda Kędzierska

    Jako maniaczka czytania i ktoś kto oddał/sprzedał ponad 800 książek (teraz to już pewnie z 1000, bo te co potem przychodziły na bieżąco puszczałam dalej w świat) podpowiem jeszcze jedno rozwiązanie – czytnik książek. Biblioteki przeważnie są kiepsko zaopatrzone w nowości, a jak dużo czytasz to większość starszych tytułów znasz, no i przede wszystkim często czekasz z utęsknieniem na nową książkę ukochanego autora, to nie będziesz czekać roku lub więcej aż biblioteka ją kupi. Mam czytnik ponad 4 lata i nie oddałabym za nic. Zabrałabym na drugi koniec świata i dzięki temu miałabym setki książek o wadze poniżej 0,5 kg:)

    Uwielbiam metodę zostawiania tego co kocham, co lubię, co mi potrzebne, niesamowicie ułatwia porządkowanie. Chociaż ja już nie mam co porządkować, teraz już tylko urządzam:)

    • Popieram – czytnik to świetne rozwiązanie. Tylko, że niestety nie wszystkich przekonuje, bo przecież „zapach nowej książki” i tak dalej 😉 Ja za to jestem wielka fanką audiobooków (chociaż wiem, że słuchanie to nie to samo co czytanie), bo nie dosyć, że miejsca nie zajmują to w dodatku dają mi dużo większą swobodę – mogę słuchać w jak utknę w korku albo jak coś w domu robię – bez potrzeby wygospodarowywania specjalnego czasu na czytanie 🙂

      • Magda Kędzierska

        Wiem, też tak kiedyś miałam, dotyk papieru itd. a potem urodziłam dziecko i okazało się, że jak się ma małego potwora przyssanego przez 10 godzin na dobę to można ten czas wykorzystać dwojako: oglądając seriale (co robiłam) i czytając – co też oczywiście robiłam, a tu dużo poręczniejszy jest czytnik niż książka, zwłaszcza gruba książka. Także tego, niech żyje kindle:) A audiobooki niestety nie dla mnie, bo nie potrafię się na nich skupić, słuchałam ich na spacerach z córką, jak była całkiem malutka – tak do roku, potem już nie dałam rady, a przy synu to w ogóle nie ma opcji:)

  • Mam wrażenie, że kiedyś było łatwiej – było po prostu Allegro (i to nawet nie aż tak popularne, także wybór był mniejszy), wrzucało się tam i tyle. Teraz chyba pogubiłbym się w gąszczu gumtree, olxów i grup sprzedażowych na FB ☺ ale chyba nadal warto pomyśleć o Allegro – zwłaszcza jeżeli przedmiot jest łatwo identyfikowalny (np książka albo konkretny model i rozmiar butów). Pozdrawiam!

    • Ja jednak jestem fanką testowania rozwiązań lokalnych, bo wtedy łatwiej się umówić na odbiór osobisty i nie trzeba się gimnastykować z pakowaniem i wysyłaniem, a chyba w tym całym sprzedawaniu, to te wycieczki na pocztę mnie najbardziej zniechęcają 😉

      • To chyba kwestia przyzwyczajenia – mam konto na Allegro od lat kilkunastu i chyba więcej kłopotu jest z odbiorem osobistym (konieczność obopólnego zgrania się w czasie i przestrzeni) niż żeby po prostu nadać na poczcie ☺

  • Lola Kowalska

    Ja Cię po prostu UWIELBIAM! Najlepszy blog o sprzątaniu jaki kiedykolwiek czytałam…to jak odchudzanie dla ekstremalnie grubych,którymi zajmuje się Konrad Gaca….to nie jakieś „pitu-pitu” tylko psychologiczne podejście do ekstremalnych bałaganiarzy…nareszcie wiem dlaczego taka jestem i dlaczego powinnam posprzątać…i czuję,że dzięki twoim wpisom mi się uda…już postawiłam kilka nieśmiałych kroków,ale w odpowiednim kierunku i mam ochote dalej tym tropem podążać! A najbardziej czuję jak mi się sprząta w głowie i to takiej 40+ …Bardzo Ci dziękuję za to,że potrafisz tak świetnie pisać,dawać tak cenne rady i że nie jestes perfekcyjna panią domu – tylko normalną,pracującą (!) kobietą!

    • Wydaje mi się, że jak ktoś nie ma problemu ze sprzątaniem i zawsze ma błysk, to nie do końca rozumie jakie problemy ze sprzątaniem można mieć osoba, która ma naprawdę duży bałagan. Czy to jest psychologiczne podejście to nie wiem, bo psychologiem nie jestem – wiem natomiast co mnie samej w głowie siedziało i jeszcze czasem siedzi nadal 😉

      Najważniejsze to zacząć stawiać te malutkie kroczki do przodu i przekonać się jak to wszystko zaczyna sprawnie iść i jak się w domu zaczyna „przejaśniać” 😉

  • Amanda Sadkowicz

    Lubię czytać twoje wpisy. Zawsze dzięki nim mogę odświeżyć swój umysł i mieszkanie. 😀 Pora chyba zrobić u mnie taką segregację. Jestem strasznym chomikiem i nie potrafię wyrzucać rzeczy, ale pora się przełamać!

    ________________
    http://sauberlab.pl/

    • Pamiętaj – Im mniej masz rzeczy, tym łatwiej później sprzątać! Ja czasem jak rzeczy przeglądam i są już takie mocno zakurzone (z nieużywania), to się zaczynam zastanawiać, co mnie bardziej „boli” – pozbycie się tej rzeczy, czy wyczyszczenie jej 😉

  • Rób swoje i nie przejmuj się narzeczonym i jego klamotami – jak się uporasz ze swoimi rzeczami, to sam się zorientuje, że większość bałaganu jest jego 😉