Jak się żyje ze zbieraczem

Co prawda sama miewałam swego czasu napady zbieractwa, a i wśród rodziny czy znajomych nie musiałabym daleko szukać, żeby znaleźć przykłady, które moim zdaniem są już bardziej początkiem chorobliwego zbieractwa niż niewinnym „kolekcjonowaniem” czy „chomikowaniem na zaś”, ale bardzo nie lubię wyważać otwartych drzwi i pisać kiepsko o czymś, o czym ktoś pisze świetnie.

Dlatego dzisiaj nie będzie ani o mnie, ani o Tobie. Dzisiaj będzie o pewnej, kompletnie nieznanej mi kobiecie, która na co dzień żyje ze zbieraczem. I nie jestem pewna, czy jest tego świadoma.

Dzisiaj będzie o autorce bloga

Rupieciarnia

Blog jest bardzo, bardzo świeży, bo pierwszy wpis pochodzi zaledwie sprzed kilku miesięcy, a mimo to już uważam go za jednego z bardziej wartościowych blogów w internecie i mam nadzieję, że autorka nie znudzi się pisaniem zbyt szybko (wiesz jak to z tymi blogami bywa). Co moim zdaniem jest w nim takiego wartościowego? Już na pierwszy rzut oka widać, że autorka nie założyła go z myślą o tym, żeby zostać sławną blogerką. Wygląd strony nie powala. Widać, że wszystko jest na niepoprawionym szablonie – robione na szybko, bez uzupełniania pól, opisów, kontaktów, widgetów itp. I moim zdaniem nie ma w tym absolutnie nic złego. Dlaczego? Bo dzięki temu widać, że strona pełni w życiu autorki tylko jedną, bardzo ważną funkcję – terapeutyczną. Dzięki temu jest autentyczna. Dzięki temu czuję się tak, jakbym wraz z nią zmagała się z problemem.

A co to za problem?

Głównym tematem bloga jest mąż autorki. Mąż, który miewa 1000 pomysłów na minutę. Mąż, który uwielbia tworzyć, naprawiać, obdarowywać bliskich prezentami. Mąż, który jest zbieraczem.

Z mojej perspektywy (nie jako specjalistki od bałaganu, ale jako żony), blog jest manifestacją pasywnej agresji wymierzonej w zbieractwo męża. Widzę to tak, jakby autorka w trakcie swojego małżeństwa próbowała próśb, gróźb, szczerych rozmów, awantur, fochów, kłótni, dojrzałej komunikacji swoich uczuć oraz potrzeb i to wszystko za przeproszeniem gówno dało. Lata bezskutecznego wałkowania tego samego tematu przez długi czas powodowały irytację, ale przez taką bezsensowną walkę z wiatrakami, spowodowały poczucie bezsilności, aż w końcu doprowadziły do powstania „muru” zbudowanego z dystansu i akceptacji.

Trochę jak w klasycznych etapach żałoby:

  1. Zaprzeczenie
  2. Gniew
  3. Targowanie
  4. Depresja
  5. Akceptacja

Tylko, że w tym wypadku ta akceptacja nie jest czymś nad czym da się przejść do porządku dziennego. Tego problemu nie da się zwyczajnie zaakceptować i żyć dalej. Dlaczego? Bo żeby żyć dalej trzeba choć trochę zapomnieć. Przestać zmagać się z problemem na co dzień. A autorka nie ma takiej szansy. O ile nie chce się rozwodzić (a przypuszczam, że nie chce), to będzie czuć ten problem codziennie. Codziennie będzie rozdrapywać te rany i przypominać sobie, że sytuacja uprzykrza jej życie.

A jak można jednocześnie zaakceptować i ciągle cierpieć? Nie można. Stąd właśnie ta pasywna agresja wymierzona w męża i jego problem. I kompletnie nie można mieć autorce tego za złe, bo jako żona z wieloletnim stażem przyznam, że pasywna agresja nie raz ratowała moje małżeństwo, więc jestem ostatnią osobą, która mogłaby takie zachowanie krytykować. Tym bardziej, że pisanie bloga daje autorce możliwość skierowania wszystkich swoich negatywnych emocji w inną stronę, co ją zapewne trochę uspokaja i jeszcze bardziej dystansuje do problemu. Pewnie wiesz, że pisanie ma właściwości terapeutyczne, uspokaja i pozwala łatwiej poradzić sobie z największymi problemami. Swoją drogą z tego właśnie wzięły się blogi. 15 lat temu blogi to nie był biznes i narzędzie marketingowe. 15 lat temu były to wirtualne pamiętniki, które pisało się po to, żeby dać upust swoim emocjom i znaleźć wsparcie wśród innych ludzi, którzy zmagają się z podobnymi problemami. I blog „Rupieciarnia” ma właśnie tę pierwotną funkcję, dzięki czemu lubię go jeszcze bardziej.

Dlaczego warto go czytać?

Autorka nie pisze o problemach w małżeństwie. Nie pisze o zbieractwie. Nie narzeka na bałagan. Pisze natomiast o swoim mężu i jego pomysłach. I robi to w tak przezabawny sposób, że nie da się nie uśmiechnąć w trakcie tej lektury. Opisuje swojego męża w takim tonie jakby znalazła najcudowniejszego, najmądrzejszego i idealnego księcia z bajki, którym nic tylko się zachwycać. Opisuje jego wspaniałe pomysły, spryt i żyłkę do interesów. A każdy taki pomysł kończy się dokładnie tak samo: Zmniejszeniem przestrzeni życiowej w domu. Trochę jak w Yattamanie, kiedy każda próba odnalezienia skarbu i pokonania Yattamanów i tak zawsze kończyła się wybuchem i pozbawieniem Dronio stanika.

W zasadzie w całym blogu nie ma chyba ani jednego słowa skargi. Ani jednego zdania, w który wprost narzekałaby na swojego męża. A mnie już od pierwszego wpisu zrobiło się jej naprawdę cholernie żal. I z każdym kolejnym tekstem aż mi taki płaczliwy gul do gardła podchodzi, bo w głowie widzę przez co ona musi przechodzić. Wpisy same w sobie są naprawdę zabawne, ale jest to taki trochę nerwowy śmieszek. Albo śmiech przez łzy.

I tak naprawdę nie wiem, czy autorka ma świadomość z jak bardzo poważnym problemem się zmaga, czy (mimo użycia określenia „zbieractwo”) patrzy na sytuację z przymrużeniem oka i traktuje to jako „nieszkodliwe dziwactwo” męża.

Co o tym myślę?

Kochana autorko – jeżeli to czytasz, to wiedz, że Cię podziwiam. Ja, mimo tego, że sama mam ogromne skłonności do gromadzenia rzeczy i strasznie nie lubię się czegokolwiek pozbywać – nie dałabym rady tak żyć na dłuższą metę. A już na pewno nie umiałabym podejść do tematu z takim dystansem jak Ty to robisz. Wiedz też, że Twój mąż ma bardzo poważny problem, który może poważnie zaszkodzić Waszemu małżeństwu, a jeżeli nie zostanie odpowiednio wcześnie opanowany – nawet waszemu zdrowiu i życiu.

  • Jeżeli będziesz miała wolną chwilę – obejrzyj kilka programów o zbieractwie (Terminy emisji „Manii Chomikowania” podawałam TUTAJ). Zobacz „z czym to się je” i do czego to może doprowadzić. Zabierz męża do psychoterapeuty specjalizującego się w nerwicy natręctw, a jeżeli mąż się nie zgodzi to sama się przejdź. Na przynajmniej jedno spotkanie – żebyś miała świadomość z czym się zmagasz i jak do tego podejść.
  • Wypróbuj metodę małych kroczków – na początek postaraj się przekonać męża, żeby nie przynosił do domu nic nowego, a zamiast tego wykorzystywał rzeczy, które już w domu są. Zaproponuj mu żeby dokończył któryś projekt – zajmie mu to czas, więc nie będzie miał kiedy zdobywać nowych „skarbów”, a każda odmowa z jego strony będzie doskonałym argumentem, żeby się takiego rozgrzebanego projektu pozbyć.
  • Sama decyduj o swoich rzeczach. Jeżeli mąż doprowadził do tego, że Twoja ulubiona parasolka nie nadaję się już do użycia to ją wyrzuć. Przecież doskonale wiesz, że niezależnie od tego ile razy będzie obiecywał, to i tak jej nie naprawi, bo nie będzie miał czasu, albo potrzebnych części, albo nastroju, albo znajdzie sobie jakąkolwiek inną wymówkę. A parasolka jest Twoja, więc masz prawo sama podjąć decyzję o jej wyrzuceniu. Poszukaj w domu innej. Przecież mąż na pewno jeszcze jakieś ma.
  • Nie baw się z mężem w podchody. Nie wyrzucaj rzeczy z domu, podczas jego nieobecności. Nie rozwiążesz w ten sposób problemu, bo Wasze życie będzie kręciło się wokół tego, że mąż będzie wciąż coś znosił, a Ty będziesz poświęcać każdą wolną chwilę na sprzątanie. A jeżeli kiedyś zorientuje się, co robisz, to straci do Ciebie zaufanie. Zamiast tego pomóż mu się trochę odkopać. Zacznijcie od wyrzucenia bezwzględnych śmieci – wszystkiego co jest przeterminowane, zniszczone, uszkodzone i nie nadaje się do naprawy (jak pomóc sprzątać osobie, która ma z tym problem, przeczytasz w drugiej połowie wpisu znajdującego się pod tym linkiem).
  • Jeżeli kiedykolwiek poczujesz, że nie wiesz jak ogarnąć to wszystko, co mąż uzbierał w domu – zawsze otrzymasz wsparcie ode mnie i od moich fantastycznych dziewczyn z Grupy Porządkoodpornych. Wystarczy, że napiszesz.

Trzymaj się. Całuję i przytulam.

A Tobie kochana czytelniczko jeszcze raz serdecznie polecam bloga Rupieciarnia. Otwiera oczy na to jak można nie zauważyć słonia, który stoi na środku pokoju i trąbi. Zastanów się, czy Ty też nie przymykasz oczu na takiego słonia, który mógł się zaczaić u Ciebie lub u Twoich bliskich – przebrany za „niewinne kolekcjonerstwo”, „zapobiegliwość” objawiającą się gromadzeniem przydasi albo sentymentalne „zostawianie na pamiątkę”.

 

Nie chcesz przegapić nowych wpisów? Zapisz się na mój newsletter:

Podziel się:
  • Przeczytałam tego bloga, od deski do deski. Jest tak przeraźliwie smutny, wręcz wyziera z niego bezsilność. Ja nie dałabym rady 🙁

    • A ja po przeczytaniu uświadomiłam sobie, że też pewnie skończyłabym jako ekstremalny zbieracz, gdyby mi niespodziewanie coś w głowie nie przeskoczyło ze dwa lata temu…

  • Naadiya Menk

    Ja też wszystko przeczytałam. Trochę się pośmiać można, ale jest to śmiech przez łzy niedowierzania… trochę mi to też dało do myślenia o sobie, moim tacie…
    Ja myślę, że tej kobiecie trzeba pomóc, że możemy jej pomóc… jeżeli oczywiście ona sama tej pomocy zechce. Bo, że nie wie, gdzie i jak szukać, to jasne, ona sama o tym mówi w jednym ze swoich komentarzy. Czy możemy jej coś podpowiedzieć? Tak bym chciała, żeby znowu mogła napisać „jest fajnie”. I tym razem niech by już tak zostało. Amen.

    • Nie wiem, czy możemy jej pomóc – tzn. teoretycznie pewnie jakoś byśmy mogły, ale nie bardzo wiem, co możemy jej zaoferować oprócz wsparcia duchowego. No chyba, że masz na myśli spotkanie terenowe Grupy Porządkoodpornych i posprzątanie w tym domu – ale nie wiem, czy autorka bloga by się na coś takiego zgodziła 😉

      Autorka bloga czytała ten wpis – nie bardzo wiem, co jeszcze mogłabym jej podpowiedzieć, żeby jej pomóc. Jak masz jakiś pomysł, na który ja nie wpadłam to daj znać, bo też chciałabym, żeby jej się udało z tego wszystkiego odkopać.

      Psychologii nie studiowałam. A co do tego powołania, to czasem autentycznie zastanawiam się, czy widzę coś, czego nie widzi reszta ludzi, czy tylko reszta ludzi udaje, że tego nie widzi 😉

  • O rany, mocna lektura!

  • Rupieciarnia

    Ojojoj! Ale się narobiło! Myślałam, że mój blog wywoła uśmiech na twarzach czytelników lub refleksje nad sowim życiem albo też wzmoży czujność odnośnie do zakupów i pojawiania się nowych rzeczy w domu. Nie miałam zamiaru nikogo zmartwić ani przerazić. Proponuję, aby podejść do moich wpisów tak jak ja, czyli z przymrużeniem oka (mimo że wszystkie przedstawione tam historie są autentyczne). Staram się nie upadać na duchu, czego wszystkim życzę. Pozdrawiam! 😉

    • I w zasadzie stało się prawie tak jak planowałaś, bo na 100% u większości dziewczyn pojawiła się i refleksja i wzmożona czujność 😉 Część dziewczyn się zmartwiła, bo podchodzą do tego personalnie – Twój blog jest też trochę o nich i zobaczyły do czego mogą doprowadzić i jak będą postrzegane przez najbliższych jeżeli nie opanują tego, co w nich siedzi, a to z kolei wywołało lekkie przerażenie. Nie mówię, że u wszystkich taki mechanizm zadziałał, ale ja dokładnie tak się poczułam, dlatego przypuszczam, że dziewczyny mogły poczuć się podobnie – i dlatego właśnie poleciłam im Twojego bloga.

      Łatwo podchodzić z przymrużeniem oka do czegoś, co nas nie dotyczy. Ale część z nas jest teraz na etapie spoglądania na swoje mieszkania i dochodzimy do wniosku, że Twój blog dotyczy nas bardzo – stąd drobne problemy z nabraniem dystansu 🙂