Kiedy powiedzieć „dość”?

Zastanawiałaś się kiedyś ilu rzeczy potrzebujesz na co dzień? Ile rzeczy to jest Twoje absolutne minimum, bez którego nie potrafiłabyś się obejść?

Proponuję Ci dzisiaj takie ćwiczenie:

Wyobraź sobie, że budzisz się w sobotę rano goła, w całkowicie pustym mieszkaniu. Nie ma w nim nic kompletnie oprócz absolutnego minimum wyposażenia stałego (toaleta, wanna/prysznic, umywalka, lodówka, kuchenka, pralka). Nie masz łóżka, mebli, sprzętów, ubrań, kosmetyków. Zupełnie nic.

Dostajesz do tego nieograniczoną sumę pieniędzy. Ograniczenie jest natomiast takie, że możesz kupić maksymalnie 5 rzeczy (opakowań) dziennie. Nie musisz w tym celu wychodzić z domu – wybrane rzeczy same pojawią się w mieszkaniu. Obowiązuje Cię jednak dotychczasowy styl życia – praca, obowiązki itp. Nie masz nic do jedzenia. Woda w kranie jest zdatna do picia bez gotowania.

Co byś kupiła w pierwszych dniach?

Po ilu dniach miałabyś wszystko, co Ci niezbędne?

Ja prawdopodobnie zrobiłabym tak:

  • Dzień 1 (sobota): majtki, papier toaletowy, mydło, ręcznik, duży chleb
  • Dzień 2 (niedziela): pasta do zębów, szczoteczka do zębów, dezodorant, wkładki higieniczne, uniwersalna – prosta bluzka
  • Dzień 3 (poniedziałek): klasyczne spodnie, biustonosz, buty, skarpetki, skrzynka jabłek
  • Dzień 4 (wtorek): grzebień, koc, poduszka, materac, ciepły sweter
  • Dzień 5 (środa): średni garnek, duży kubek, duże opakowanie mrożonki obiadowej (np. pierogi lub pyzy), łyżka, herbata
  • Dzień 6 (czwartek): opakowanie jakiejś kaszy, ostry nóż, smartfon z internetem, szampon do włosów, kolejny bochenek chleba
  • Dzień 7 (piątek): komplet pościeli, dodatkowe majtki, dodatkowe skarpetki, żel do mycia twarzy, ścierka
  • Dzień 9 (sobota): gąbka do naczyń, płyn do naczyń, opakowanie makaronu, słoik sosu do makaronu, widelec
  • Dzień 10 (niedziela): dodatkowa bluzka, głęboki talerz, fotel, szafka na rzeczy, duża butelka jogurtu pitnego

Ja swoją wyliczankę zakończę na 10 dniu, czyli na 50 rzeczach, ale Ty oczywiście jak masz ochotę – możesz wymieniać dalej.

Bardzo Cię proszę, żebyś zrobiła sobie taki wewnętrzny test, bo jestem ciekawa, czy dojdziesz do tych samych wniosków, co ja 🙂

Jesteś ciekawa co ja zauważyłam? Do trzeciego dnia zastanawiałam się jak sensownie rozłożyć te wszystkie rzeczy, które są mi absolutnie niezbędne do tego, żeby wyjść z domu, pójść w poniedziałek do pracy i po drodze nie paść nieprzytomna z głodu. Natomiast od czwartego dnia było już tylko trudniej 🙂 No bo w zasadzie wszystkie te rzeczy, bez których nie jestem w stanie przetrwać – już mam, więc co właściwie powinnam jeszcze mieć?

Większość z nas ma ogromne problemy z pozbywaniem się rzeczy, bo przecież wszystko nam się przyda i co to będzie jeżeli pozbędziemy się czegoś, co kiedyś może być nam potrzebne. Przecież nie przetrwamy bez porcelanowego mlecznika, niewygodnych szpilek, kolekcji lakierów do paznokci, czy trzysta osiemdziesiątego piątego kubka.

Jakby jednak odwrócić zadanie i zamiast zastanawiać się nad tym czego należałoby się pozbyć – zastanowić się nad tym, co jest nam naprawdę niezbędne – okaże się, że w zasadzie na początek dobre mydło może zastąpić całkiem sporo kosmetyków (i proszek do prania). Odpowiednio duży kubek może służyć i za kubek i za miskę. Koc równie dobrze może pełnić funkcję kołdry i tak dalej.

Oczywiście nie chodzi mi o to, żeby namawiać Cię do jakichś skrajnych wyrzeczeń i codziennego, ręcznego prania jednej sztuki majtek i jednej bluzki. Chodzi mi o to, żebyś sama zrobiła sobie taki wewnętrzny test – żebyś spróbowała wyłapać ten moment kiedy możesz spokojnie powiedzieć „Dość! – mam już wszystko, co mi jest potrzebne.” Żebyś zauważyła to co ja zauważyłam wypisując kolejne potrzebne rzeczy – że im więcej rzeczy masz – tym trudniej wymyślić coś, co byłoby naprawdę sensowne i przydatne.

Ja skończyłam swoją listę na 50 rzeczach, chociaż na co dzień pewnie używam ich trochę więcej. Ale naprawdę nie miałam już pomysłu, co jeszcze jest na tyle niezbędne, że nie byłabym w stanie się bez tego obyć, a wymyślenie każdej następnej potrzebnej rzeczy zajmowało mi coraz więcej czasu.

Jeżeli zdecydujesz się sama zrobić to ćwiczenie i uda Ci się wymyślić trochę więcej rzeczy, to zauważysz jeszcze jedno ciekawe zjawisko – im więcej rzeczy wpiszesz na swoją listę, tym więcej rzeczy będziesz potrzebować.

Dodasz więcej ubrań? – Przyda Ci się jeszcze proszek do prania, płyn do płukania, suszarka i pewnie jakaś szafka, żeby to trzymać.

Dodasz więcej naczyń? – Może Ci się przydać zmywarka albo chociaż suszarka do naczyń i dodatkowa szafka kuchenna.

Masz już dwie dodatkowe szafki? Trzeba by je czasem z kurzu przetrzeć. Powiesiłaś lustro w łazience – lustro trzeba będzie czyścić.

To oczywiście skrajne przykłady, bo chyba każdy człowiek ma w domu przynajmniej jedno lustro, jakąś szafkę i kilka naczyń. Chodzi mi tylko o to, żebyś zobaczyła, że każda kolejna rzecz generuje potrzebę dodatkowej rzeczy i dodatkowy obowiązek.

Jeżeli np. postanowię kupić tusz do rzęs i go używać (co robię przed wyjściem do pracy), to dochodzi mi nie tylko jeden przedmiot (tusz do rzęs) i jeden obowiązek (malowanie rzęs), ale też kilka innych przedmiotów (płyn do demakijażu, waciki) i inne obowiązki (demakijaż wieczorem).

Jeżeli postanowię podawać na obiad zupę w wazie zamiast nalewać z garnka, to nie dosyć, że muszę kupić wazę, znaleźć dla niej miejsce (może zainstalować jakąś dodatkową półkę). Muszę też przelewać zupę do tej wazy, a później mam do sprzątnięcia (umycia, wysuszenia, schowania) i garnek i wazę.

A im więcej różnych rzeczy nagromadzę w domu tym więcej mam do sprzątania, więcej muszę przestawiać, żeby kurze wytrzeć, potrzebuję więcej miejsca na to wszystko i mam coraz mniej czasu, bo codzienne „normalne” funkcjonowanie zabiera mi go coraz więcej.

Każda kolejna rzecz którą przynosisz do domu – generuje kolejne obowiązki.

Ale na szczęście działa to też w drugą stronę – im mniej masz rzeczy – tym mniej masz roboty. Pomyśl o pozbywaniu się rzeczy tak, że za te rzeczy kupujesz swój wolny czas, przestrzeń i odpoczynek. Z każdą rzeczą, której się pozbywasz – ubywa Ci przynajmniej jeden obowiązek. Pozbywasz się nieużywanego wazonu – nie będziesz musiała już nigdy wycierać go z kurzu, a i wycieranie półki na której stał zajmie zdecydowanie mniej czasu. Pozbędziesz się kilkunastu wazoników i innych „dekoracji” – może ta półka wcale nie będzie potrzebna i będzie można ją zdemontować. Masz w domu całą komodę niepotrzebnych rzeczy? Jak pozbędziesz się i rzeczy i komody, to już nigdy nie będziesz musiała tam sprzątać i czyścić.

Zastanów się, które z Twoich rzeczy kupiłabyś ponownie jakbyś nie miała nic kompletnie i jakbyś mogła kupić tylko pięć rzeczy dziennie. I zastanów się, którego dnia byś je kupiła – Piątego? Pięćdziesiątego? Sto pięćdziesiątego?

Nie chcesz przegapić nowych wpisów? Zapisz się na mój newsletter:

Podziel się:
  • Świetny wpis – taki minimalizm wspak. Polecam jak najwięcej wyjazdów pod namiot – z noszeniem rzeczy w plecaku albo wożenie w rowerowych sakwach. To szybko weryfikuje, ile rzeczy potrzeba do funkcjonowania. 😉

    • Ja akurat jestem wybitnie nieturystyczna i wyjazd pod namiot to dla mnie ostatni krąg piekieł, ale masz rację, że wszelkie tego typu doświadczenia błyskawicznie weryfikują nasze potrzeby 🙂 Tak samo podobno działają częste przeprowadzki.

      U mnie taką namiastką są ciągłe remonty i przemeblowania – niektóre rzeczy mam tak poutykane „żeby nie przeszkadzały”, że miesiącami nie da się do nich dostać i spokojnie sobie bez nich radzimy – więc jak już się w końcu do czegoś dostaję to najczęściej to coś wylatuje z domu 😉

  • Ola 73

    Genialny tekst! Prawda, ile i jakie rzeczy są mi potrzebne, dotarła do mnie, kiedy pakowałam się na wakacyjny wyjazd… Brałam rzeczy uniwersalne, ładne i te, które lubię. Po co mi więc kilka piżam, skoro mam dwie ulubione i w dodatku ładne, po co trzymam w szafie niewygodne dżinsy, skoro i tak wybieram te miękkie i w których lepiej wyglądam? Pozdrawiam!

    • No i zazwyczaj większość z nas tak właśnie działa – sama często łapię się na tym, że stoję przed szafą z ciuchami (szczególnie jak jest „okazja”) i myślę, że może tym razem ubiorę się jakoś inaczej. Mierzę jeden, drugi, dziesiąty zestaw, a później i tak (już lekko spóźniona) w biegu dosuszam suszarką tą samą bluzkę co zwykle 😉